Kolejny wolny dzień… jeden z ostatnich więc wynajeliśmy furkę i pojechaliśmy na małą objazdówke po Emiratach… pierwszy kierunek to skalista Hatta…
Droga jak droga wszystko bez ciśnień 160 kilometrów autostrady więc byliśmy na miejscu w moment… przywitały nas skaliste góry… arabusy od kiedy poza wypasem kóz mają kasy jak lodu nie dają Ci zapomnieć gdzie jesteś…
pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy na postoju była bezpośrednia komunikacja z naturą…
potem pobawiliśmy się troche w kozice… widoki na konkrecie
Wsumie to była tama ale zastanawialiśmy się ile razy na 100 lat musi ona chronić mieszkańców przed podtopieniem jak od nas do tafli wody było jakieś ze 40 metrów…
Zdąrzyliśmy się dobrze spocić i wstępnie podniecić więc postanowiliśmy przekroczyć na dziko granice z Omanem i tam zobaczyć zródła… na drodze oczywiście zabrakło asfaltu więc toyotka nie miała łatwo… ale dla tych widoków nie dało się nei przeć dalej…
po drodze spotkaliśmy 3 wyluzowanych wielbłądów które z wielką przyjemnością pozowały do zdjęć… ich koledzy osły nie były już takie towarzyskie i zawinęły się jak Jelon wyjął aparat…
Jeżdząc tak i kręcąc sie między tymi skałami zdaliśmy sobie sprawę że chyba jesteśmy na konkretnym zadupiu…
postanowiliśmy więc że warto by spytać się o drogę tutejszych tubylców… okazało się to cholernie trudne bo każde z tutejszych domków wyglądało na opuszczone… przegięty widok tak tak jakby wpadło wojsko i pozabierało mieszkańców… hardcore… wreszcie dotarliśmy do jakieś konkretnej farmy…
przywitała tam nas koza zosia i jej koleżanki ( po oczach widać że coś im dosypują do karmy aby się nie zanudziły … krowy i kury też były czyli koleś grubo wymiatał hehe
wreszcie wyszedł do nas szeryf tej miejscówki…
przesympatyczny koleś ale oczywiście nie mówił po angielsku… ręce mnie bolały od “rozmowy” ale jak powiedziałem słowo woda widać było po jego twarzy że chyba zatrybił o co nam chodzi i wskazał że mamy jechać w tym kierunku…
ziomuś miał racje i za chwilę byliśmy przy źródłach… krystaliczna woda płynąca miedzy skałami … uhhh gruby widok…
widać że tubylcy też bardzo lubią to miejsce tyle że samochody mają dużo lepiej do niej przystosowane…
przezroczystość tej wody i sama miejscówka sprawiła że nei mogliśmy sobei odmówić orzeźwiającej kąpieli…
woda i temperatura wyciągnęła z nas energię i trzeba było coś przekąsić… tu trzeba przyznać że hotel dał radę i zapakował nam miłą wałoweczke…
niektórzy byli tak głodni że ledli swoje… batony:P
najedzeni ruszyliśmy w dalszą drogę …kierunek wybrzeże… po drodze jak zwykle widoczki pierwszoligowe…
zwiedzając nabrzeże szukaliśmy naszej wymarzonej plaży na której moglibyśmy spedzić noc ale nie było to takie łatwe bo albo zdechłe ryby…
albo gangi krabów pustelników …
albo co gorsza… klimaty miejskie i za dużo cześków do okoła …
gdy już zachodziło słońce wybraliśmy plażę na mapie i uderzyliśmy w ciemno… okazało się to strzałem w 10…
samochodzik się ładnie sprawował więc też zasłużył sobie na fotkę …
poźniej rozpaliliśmy ognisko oczywiście dla klimatu bo nie można powiedzieć że było nam zimno… do tego zimny browarek z bagażnika i wreszcie chill…
dziewczyny nie do końca były przekonane nad spaniem na piasku… ehhh te małę krabiki, więc wybraliśmy miejscówkę na skale…
nigdy nie było mi tak gorąco i kamienisto… budziliśmy się co 30 minut ale jak sobei pomysle o Sławku który wymiękł i został w furze i miał saune solution za free to było mi znaczne lepiej… poranek okazał się na prawdę przyjemny…
okazało sie że w naszych skałach mieszkały szczury ale kto by tam patrzył na takei drobiazgi jak o poranku budzi go szum oceanu…
jakiś cześków też to kręciło bo przyszli sobie o 5 posiedzieć na plaży…
nie było na co czekać uderzyliśmy na orzeźwiającą kąpiel… to była najchłodniejsza woda od czasu kiedy jesteśmy w Emiratach… nawet to kamieniste dno i te przepływające glony nie psuły tej przyjemności… wypas na mase …
niestety tego samego dnia trzeba było iść do roboty więc obraliśmy azymut na Dubai… po drodze spotkaliśmy hardcorowców… o 5 na rowerze ale wsumei kiedy oni mają jeżdzić jak od południa 40 stopni…
znak na drodze wskazywał że mamy szanse na koniec zobaczyć naszych ulubieńców…
no i rzeczywiście przechadzali się nieopodal ulicy więc stanęliśmy na ostatnie foty…
nagle nie wiadomo skąd obok nas wzięła się policja… ziomki chyba chcieli nam służyć pomocą i jak zwykle byli przesympatyczni ale standartowo nie mówili po angielsku więc odesłałem ich z kwitkiem …
dojechaliśmy do hotelu na ostatnią chwilę, zjebani jak dzikie osły ale fakty są takie… to był kurwa dobry Trip !




















































































































































